sierpnia 02, 2014
czarno i biało czyli moja kuchnia
sierpnia 02, 2014Kochani, trochę się przeciągnęło z tą kuchnią, ale wierzcie.. wakacje, wyjazdy, praca, dzieci w domu, ciągły pośpiech, milion rzeczy do zrob...
Kochani, trochę się przeciągnęło z tą kuchnią, ale wierzcie.. wakacje, wyjazdy, praca, dzieci w domu, ciągły pośpiech, milion rzeczy do zrobienia....
No i w końcu udało mi się zawładnąć kuchnią nie tylko w sensie kulinarnym.
Swoją kuchnię pokazywałam na początku mojej blogowej przygody ponad 5 lat temu [ KLIK], remont miał być szybki, konkretny w miarę bezbolesny no i z zamierzonym efektem. Pokazałam ją w fazie końcowej i na tym się skończyła cała moja miłość do kuchni.
W kuchni nie lubię kilku rzeczy: górnych szafek, kafli na podłodze i kafli na ścianach. Zapytacie skąd u mnie kafle na ścianie? Ano, poprzedni właściciele mieszkania położyli sobie takie kafelki i.... w zasadzie myślałam o zerwaniu ich, ale zima to niespecjalna pora na grubsze remonty zwłaszcza w mieszkaniu, w którym się mieszka z małymi dziećmi, które akurat naprzemiennie łapały zapalenie płuc i zapalenie oskrzeli. No i jeszcze jedna rzecz straszliwie nie lubię jak mi się ktoś obcy po chałupie plącze. Postanowiłam więc zrobić porządek z tymi okropnymi kafelkami (całe szczęście, że poprzednicy nie zostawili całej kuchni bo strzeliłabym sobie w łeb.)
Kafle więc pomalowałam na biało (ponieważ kuchnia miała być biało szaro czarna). Użyłam primera do powierzchni śliskich, pomalowałam białym akrylem i jest git. Nawet ten paskudny wzorek, który pierwotnie był kolorowy wygląda całkiem znośnie.
Zamiast górnych szafek, których po prostu nie lubię, zdecydowałam się na stojącą szafkę z żaluzją, bo jak widać meble to Ikea, generalnie jestem zadowolona nic nie odpada, nie odpryskuje, a wierzcie mi nie należę do osób przesadnie dbających o meble. Jedynie drewniane blaty nie są chyba tym o czym marzyłam, wymagają cyklicznego czyszczenia i olejowania, a nie lubię takiego ciepłego odcienia drewna. Blaty więc poddawane są naturalnemu zużywaniu się i w okolicach zlewu i płyty gdzie wilgoć silniej działa blaty nabierają takiego cudnego kolorytu starego drewna.
Z pozostałości blatowych zrobiłam sobie megagrube dechy do krojenia, takie mini bloki rzeźnickie ;-)
Podłoga to kolejny problem, nie lubię kafli na podłodze, tak w ogóle kafle stosuję tylko tam gdzie konieczne i to też w ilościach ograniczonych. No takie mam skrzywienie. W kuchni początkowo planowałam panele, znalazłam w Leroy Merlin takie cudne białe z odpryskami, spękaniami, wyciachrane jakieś, no super po prostu, ale znów wizja skuwania płytek, które zamontowali moi poprzednicy wywołała u mnie odrazę do atrakcji remontowych (dodam, że w ciągu 4 lat przeżyłam 3 megaremonty i sama myśl o kolejnym budziła we mnie totalny protest, bunt i nie wiem co jeszcze, a mieszkać jakoś trzeba).
Od lat penetruję wszelkie fora wnętrzarskie, magazyny i miejsca gdzie można oczy ukoić wnętrzami innymi niż z rodzimych biur nieruchomości, gdzieś tam u jakiegoś Szweda doczytałam o elastycznej wykładzinie podłogowej.
Mammmmamija pomyślałam sobie to jest dopiero genialna myśl. Przegrzebałam internet wzdłuż i wszerz bo koniecznie zachciało mi się wykładziny a la kafle black & white..... dziś można je kupić prawie w każdym markecie budowlanym. Tych 5 lat temu nie było tak słodko, ale udało się. Wykładzina kosztowała prawie tyle co kafle z położeniem ich, ale.... i tu ważna rzecz, dla mnie to jak zbawienie raz, że mam problem z kręgosłupem i stanie na twardych kaflach nie jest dla mojego kręgosłupa radością, a dwa, że mam drewniane ręce.... już moja Mama śmiała się ze mnie widząc co wyprawiam z Jej ukochaną porcelaną, szkłem, talerzami czy innymi tłukącymi się rzeczami... wierzcie mi, w moich rękach naczynia (szczególnie wkładane do zmywarki) zachowują się jak ryby łowione oburącz.... efekt oczywiście do przewidzenia, szkło, ceramika czy porcelana w zetknięciu z kaflami na podłodze zdecydowanie kończą swój żywot. Ta elastyczna wykładzina to dla nich ratunek. Oczywiście i tak coś tam się stłucze, ale generalnie straty są dużo mniejsze niż w kontakcie z kaflami....
A na koniec swojej refleksji o kaflach podłogowych, po prostu nie lubię ich twardości i chłodu nie tylko z powodu moich drewnianych rąk ;-)
W końcu przyszedł czas odświeżenia ścian, bo 5 lat dla kuchni to jednak długo. Ślady sosików pomidorowych teleportujących się na sufit i ściany (myślałam, że to tylko tak jest w reklamach telewizyjnych) zaczęły mnie już drażnić, a i efekt wizualny był cokolwiek komiczny, żeby nie rzec niechlujny.
Zaczęłam więc rozważać co dalej począć z tą moją kuchnią, która jakoś przez te lata nie była bliska mojemu sercu. Szary kolor ścian już mi się znudził i nie chciałam powtórki, biały odpadł w przedbiegach bo biało mam w całej chałupie i wystarczy.
Pomyślałam o czerni......
Czarną ścianę malnęłam w pokoju mojego męża, wyeksponował na niej swoje gitary i wygląda to absolutnie czadowo (musicie mi uwierzyć na słowo, bo pokój nie nadaje się do upublicznienia).
Myślę sobie, czemu w kuchni nie.... początkowo też myślałam o jednej ścianie, ale powierzchnia tu niewielka "cięcia" płytek, półek, blatów.... za dużo tych różności.... jedziemy po całości.
Tyle, że tym razem zupełnie przypadkowo kupiłam farbę lateksową (z połyskiem) i chwała przypadkowi za to, na matowej czerni tablicówce czy innej byłoby widać każdą plameczkę tłuszczyku czy sosiku.... a tu nie dość, że nie widać, to się da zmyć.....
Wygląda fajnie, co tu dużo gadać czarna góra, biały dół, biało czarna podłoga. Wszystko gra i buczy, i choć miałam moment zwątpienia po pierwszym malowaniu (tym lateksem fatalnie się maluje) to teraz uwielbiam moją kuchnię. Białe elementy doskonale kontrastują z mocną czernią, kuchnia nie jest ani ponura, ani ciemna, ani mroczna, ani zimna, ani jak trumna jak to stwierdzili jedni moi znajomi (he he) .... jest po prostu przytulna :)
Dobrze oświetlona halogenami nad blatem przy oknie i zlewem szczególnie wieczorem staje się bardzo ciekawym i pobudzającym zmysły miejscem :)
Te półki trochę za gęsto wyszły, ale dopiero na czarnej ścianie wyglądają dobrze, a że kocham białe skorupy, więc tym bardziej eksponuję je na nich (wcześniej zresztą też tu gościła "bielizna skorupowa")
"okno" nad płytą kuchenną wisi trochę z przekory ;-) a poza tym jest bardzo ładne i ma absolutnie cudny kolor starego, surowego drewna.
Druga strona kuchni przeszła metamorfozę, początkowo wisiała tam witrynka, którą też pomalowałam na biało (potem zamarzył mi się taki kolor jak krzesła z posta [TU]), ale pod witryną wkradł się taki chaos, że nie mogłam na to patrzeć.
Na okiełznanie nadmiernego bałaganu i ukrycie rzeczy potrzebnych, ale zagracających (jeeeeej... mogłabym chyba urządzić jeszcze ze dwie nieduże kuchnie z moich gratów i detali) najlepsze są pojemne szafy.
Generalnie nie byłam fanką zabudowy kuchennej, ale widać tak mnie zmęczyły te wszystkie "drobiazgi" typu ekspresy do kawy, kuchenki mikrofalowe i miliony innych gadżetów kuchennych, że witrynka poszła precz, a w tym miejscu stanęły dwie spore szafy mieszczące wszystko co stało na widoku.
w szafach skryło się dosłownie wszystko... od ekspresu do kawy, który rano już nie budzi wszystkich, bo warczy w zamknięciu,
poprzez rzeczy, z którym absolutnie nie dawałam sobie rady w tak małej kuchni
Teraz już lubię swoją kuchnię :) jest mocnym i wyrazistym akcentem mieszkania, ma charakter i styl, i jest taka zupełnie moja ;-)
Wnętrza black & white mają jedną fantastyczną cechę: nie da się ich schrzanić, da się więcej bieli będzie ok, da się więcej czerni też będzie ok. Choć uwielbiam kolor to jednak ta kuchnia taka zostanie :) zresztą i tak jest w niej pełno rozmaitych kolorów kwiaty, owoce, butelki z wodą mineralną (Kruszynka doskonale pasuje do kolorów kuchni ;-) ścierki, drewno i tysiące innych rzeczy....
ikeowskie komódki opatrzone szyldami całkiem dobrze służą rzeczom drobnym, a potrzebnym :)
rozmaite starocie znajdują u mnie drugie życie
metalowe herbaciane puszki pomalowałam czarną tablicówką (też już pokazywałam je kilka lat temu) i skrzynia po gwoździach to całkiem udany mariaż w mojej niezbyt poważnej kuchni :)
A na samym szczycie siedzi szklana kura i zerkając szklanym okiem dostojnie dogląda całości :)
Do miłego Kochani, (to chyba najdłuższy post w całej mojej blogerskiej karierze ;-)
No i w końcu udało mi się zawładnąć kuchnią nie tylko w sensie kulinarnym.
Swoją kuchnię pokazywałam na początku mojej blogowej przygody ponad 5 lat temu [ KLIK], remont miał być szybki, konkretny w miarę bezbolesny no i z zamierzonym efektem. Pokazałam ją w fazie końcowej i na tym się skończyła cała moja miłość do kuchni.
W kuchni nie lubię kilku rzeczy: górnych szafek, kafli na podłodze i kafli na ścianach. Zapytacie skąd u mnie kafle na ścianie? Ano, poprzedni właściciele mieszkania położyli sobie takie kafelki i.... w zasadzie myślałam o zerwaniu ich, ale zima to niespecjalna pora na grubsze remonty zwłaszcza w mieszkaniu, w którym się mieszka z małymi dziećmi, które akurat naprzemiennie łapały zapalenie płuc i zapalenie oskrzeli. No i jeszcze jedna rzecz straszliwie nie lubię jak mi się ktoś obcy po chałupie plącze. Postanowiłam więc zrobić porządek z tymi okropnymi kafelkami (całe szczęście, że poprzednicy nie zostawili całej kuchni bo strzeliłabym sobie w łeb.)
Kafle więc pomalowałam na biało (ponieważ kuchnia miała być biało szaro czarna). Użyłam primera do powierzchni śliskich, pomalowałam białym akrylem i jest git. Nawet ten paskudny wzorek, który pierwotnie był kolorowy wygląda całkiem znośnie.
Zamiast górnych szafek, których po prostu nie lubię, zdecydowałam się na stojącą szafkę z żaluzją, bo jak widać meble to Ikea, generalnie jestem zadowolona nic nie odpada, nie odpryskuje, a wierzcie mi nie należę do osób przesadnie dbających o meble. Jedynie drewniane blaty nie są chyba tym o czym marzyłam, wymagają cyklicznego czyszczenia i olejowania, a nie lubię takiego ciepłego odcienia drewna. Blaty więc poddawane są naturalnemu zużywaniu się i w okolicach zlewu i płyty gdzie wilgoć silniej działa blaty nabierają takiego cudnego kolorytu starego drewna.
Z pozostałości blatowych zrobiłam sobie megagrube dechy do krojenia, takie mini bloki rzeźnickie ;-)
Podłoga to kolejny problem, nie lubię kafli na podłodze, tak w ogóle kafle stosuję tylko tam gdzie konieczne i to też w ilościach ograniczonych. No takie mam skrzywienie. W kuchni początkowo planowałam panele, znalazłam w Leroy Merlin takie cudne białe z odpryskami, spękaniami, wyciachrane jakieś, no super po prostu, ale znów wizja skuwania płytek, które zamontowali moi poprzednicy wywołała u mnie odrazę do atrakcji remontowych (dodam, że w ciągu 4 lat przeżyłam 3 megaremonty i sama myśl o kolejnym budziła we mnie totalny protest, bunt i nie wiem co jeszcze, a mieszkać jakoś trzeba).
Od lat penetruję wszelkie fora wnętrzarskie, magazyny i miejsca gdzie można oczy ukoić wnętrzami innymi niż z rodzimych biur nieruchomości, gdzieś tam u jakiegoś Szweda doczytałam o elastycznej wykładzinie podłogowej.
Mammmmamija pomyślałam sobie to jest dopiero genialna myśl. Przegrzebałam internet wzdłuż i wszerz bo koniecznie zachciało mi się wykładziny a la kafle black & white..... dziś można je kupić prawie w każdym markecie budowlanym. Tych 5 lat temu nie było tak słodko, ale udało się. Wykładzina kosztowała prawie tyle co kafle z położeniem ich, ale.... i tu ważna rzecz, dla mnie to jak zbawienie raz, że mam problem z kręgosłupem i stanie na twardych kaflach nie jest dla mojego kręgosłupa radością, a dwa, że mam drewniane ręce.... już moja Mama śmiała się ze mnie widząc co wyprawiam z Jej ukochaną porcelaną, szkłem, talerzami czy innymi tłukącymi się rzeczami... wierzcie mi, w moich rękach naczynia (szczególnie wkładane do zmywarki) zachowują się jak ryby łowione oburącz.... efekt oczywiście do przewidzenia, szkło, ceramika czy porcelana w zetknięciu z kaflami na podłodze zdecydowanie kończą swój żywot. Ta elastyczna wykładzina to dla nich ratunek. Oczywiście i tak coś tam się stłucze, ale generalnie straty są dużo mniejsze niż w kontakcie z kaflami....
A na koniec swojej refleksji o kaflach podłogowych, po prostu nie lubię ich twardości i chłodu nie tylko z powodu moich drewnianych rąk ;-)
Zaczęłam więc rozważać co dalej począć z tą moją kuchnią, która jakoś przez te lata nie była bliska mojemu sercu. Szary kolor ścian już mi się znudził i nie chciałam powtórki, biały odpadł w przedbiegach bo biało mam w całej chałupie i wystarczy.
Pomyślałam o czerni......
Czarną ścianę malnęłam w pokoju mojego męża, wyeksponował na niej swoje gitary i wygląda to absolutnie czadowo (musicie mi uwierzyć na słowo, bo pokój nie nadaje się do upublicznienia).
Myślę sobie, czemu w kuchni nie.... początkowo też myślałam o jednej ścianie, ale powierzchnia tu niewielka "cięcia" płytek, półek, blatów.... za dużo tych różności.... jedziemy po całości.
Tyle, że tym razem zupełnie przypadkowo kupiłam farbę lateksową (z połyskiem) i chwała przypadkowi za to, na matowej czerni tablicówce czy innej byłoby widać każdą plameczkę tłuszczyku czy sosiku.... a tu nie dość, że nie widać, to się da zmyć.....
Wygląda fajnie, co tu dużo gadać czarna góra, biały dół, biało czarna podłoga. Wszystko gra i buczy, i choć miałam moment zwątpienia po pierwszym malowaniu (tym lateksem fatalnie się maluje) to teraz uwielbiam moją kuchnię. Białe elementy doskonale kontrastują z mocną czernią, kuchnia nie jest ani ponura, ani ciemna, ani mroczna, ani zimna, ani jak trumna jak to stwierdzili jedni moi znajomi (he he) .... jest po prostu przytulna :)
Dobrze oświetlona halogenami nad blatem przy oknie i zlewem szczególnie wieczorem staje się bardzo ciekawym i pobudzającym zmysły miejscem :)
Te półki trochę za gęsto wyszły, ale dopiero na czarnej ścianie wyglądają dobrze, a że kocham białe skorupy, więc tym bardziej eksponuję je na nich (wcześniej zresztą też tu gościła "bielizna skorupowa")
"okno" nad płytą kuchenną wisi trochę z przekory ;-) a poza tym jest bardzo ładne i ma absolutnie cudny kolor starego, surowego drewna.
Druga strona kuchni przeszła metamorfozę, początkowo wisiała tam witrynka, którą też pomalowałam na biało (potem zamarzył mi się taki kolor jak krzesła z posta [TU]), ale pod witryną wkradł się taki chaos, że nie mogłam na to patrzeć.
Na okiełznanie nadmiernego bałaganu i ukrycie rzeczy potrzebnych, ale zagracających (jeeeeej... mogłabym chyba urządzić jeszcze ze dwie nieduże kuchnie z moich gratów i detali) najlepsze są pojemne szafy.
Generalnie nie byłam fanką zabudowy kuchennej, ale widać tak mnie zmęczyły te wszystkie "drobiazgi" typu ekspresy do kawy, kuchenki mikrofalowe i miliony innych gadżetów kuchennych, że witrynka poszła precz, a w tym miejscu stanęły dwie spore szafy mieszczące wszystko co stało na widoku.
w szafach skryło się dosłownie wszystko... od ekspresu do kawy, który rano już nie budzi wszystkich, bo warczy w zamknięciu,
poprzez rzeczy, z którym absolutnie nie dawałam sobie rady w tak małej kuchni
Teraz już lubię swoją kuchnię :) jest mocnym i wyrazistym akcentem mieszkania, ma charakter i styl, i jest taka zupełnie moja ;-)
Wnętrza black & white mają jedną fantastyczną cechę: nie da się ich schrzanić, da się więcej bieli będzie ok, da się więcej czerni też będzie ok. Choć uwielbiam kolor to jednak ta kuchnia taka zostanie :) zresztą i tak jest w niej pełno rozmaitych kolorów kwiaty, owoce, butelki z wodą mineralną (Kruszynka doskonale pasuje do kolorów kuchni ;-) ścierki, drewno i tysiące innych rzeczy....
ikeowskie komódki opatrzone szyldami całkiem dobrze służą rzeczom drobnym, a potrzebnym :)
rozmaite starocie znajdują u mnie drugie życie
metalowe herbaciane puszki pomalowałam czarną tablicówką (też już pokazywałam je kilka lat temu) i skrzynia po gwoździach to całkiem udany mariaż w mojej niezbyt poważnej kuchni :)
A na samym szczycie siedzi szklana kura i zerkając szklanym okiem dostojnie dogląda całości :)
Do miłego Kochani, (to chyba najdłuższy post w całej mojej blogerskiej karierze ;-)

















