klasyka gatunku pomidorrrro czyli przeżyć letnią nawałnicę i nie zejść ze strachu

Kto przeżył ten wie, zresztą nie pierwsza to nawałnica w ostatnich latach. Wczorajszy deszcz, a raczej ściana wody lejąca się z lewej na pra...

Kto przeżył ten wie, zresztą nie pierwsza to nawałnica w ostatnich latach. Wczorajszy deszcz, a raczej ściana wody lejąca się z lewej na prawo, okraszona błyskawicami jak fleszami na pokazie filmowym
w Cannes czy innym Hollywood, dała spektakularny popis tego co potrafi natura.

Łapczywie próbowałam ustalić co się dzieje na podwórku, wyglądając przez uchylone drzwi pracowni, tym bardziej gdy zgasło światło. Jednak moją ciekawość co rusz ograiczały strugi wody, spadające gałęzie, pioruny i błyskawice. 

Dopiero gdy kotka zdecydowała się wyjść z pracowni i podążyć schodami na góę do mieszkania pocułam, że to ten moment. Kątem oka dojrzałam wywalony foliak, ale nie miałam odwagi patrzeć dalej. Uznałam, że skoro orzech cały i samochód cały to nie jest źle,  foliak jak się później okazało nie ucierpiał zbytnio, jedynie cała jego zawartość wylądowała na jednej ściance.

Na szczęście wszystkie rośliny wyniosłam na patio i co ciekawe nawet doniczki stojące na ławeczce przed patio nie ucierpiały. Ten foliak musiał po prostu zadziałać jak czasza spadochronu (był otwarty)

Noc w zasadzie spędziłam nasłuchując kolejnej burzy, syren rozmaitych służby, pił spalinowych
i piknięcia urządzeń zasilanych prądem.

Poranek był jakiś nieswój. Brak możliwości napicia się kawy czy wzięcia prysznica (u mnie jak nie ma prądu nie ma wody) trochę osłabił moje zapędy do wygrzebania się z łóżka. Jednak chęć oceny strat była silniejsza.

Takie straty, to żadne straty. Foliak w okamgnieniiu sttanął na swoim miejscu, zebrałam trochę zielonych orzechów (ach... cza będzie zrobić nalewkę, choć raczej nie robię) gibnięty obelisk stanął na baczność, kilka wywróconych doniczek wróciło na miejsce. Naprawdę to fart. Jedynie ślimaki uznały, że przyroda dała im dodatkowy bonus w postaci wszechobecnej wilgoci i gromadnie wyszły na żer. Tak gromadnie, że z obrzydzenia dałam spokój. One są naprawdę ohydne, chyba uznały, że skoro krzaki pomidorów powalone, to znaczy, że mogą bezkarnie się tam panoszyć. 

Prąd także szybko wrócił, służby sprawnie uporały się z awarią. Jak się później okazało w okolicy obyło się bez dramatów, trochę w lesie połamanych drzew. Domy całe, płoty całe.

Tymczasem moje podniebienie zapragnęło czegoś smacznego i szybkiego do przyrządzenia. Tym czymś jest chłodnik pomidorowy, wskazany nie tylko na megaupały.

weź ulubione pomidory
Kto nie zna biegusiem robić:


Weź kilka pomidorów, spaż je wrzątkiem, obierz ze skórki, wytnij gniazdo nasienne, pokrój w kawałki
i wrzuć do blenderta, dodaj czosnku tyle ile lubisz 3-5 góra 8 (stare powiedzenie jednego z moich kumpli, gdy chodziło o ilość kupowanych browarów ha ha) dorzuć do pomidorów. Dodaj soli pieprzu
i kubek jogutru naturalnego, taki duży najlepiej. Zmiksuj, zblenduj.

sparz wrzątkiem i obierz ze skórki

Jak nie zdąży się schłodzić to zjadaj, jak zdążysz to też (ale kto by czekał, weź zimny jogurt albo śmietaę). Nie ograniczaj się!!

dorzuć czosnku i zajadaj

Dla zwarcia konstystecji możesz wrzucić do blendera kawałki bułki, chleba, bagietki, ale raczej bez skórki czyli weź to co z pieczywa najlepsze. Sam środek.

Możesz zajadać z groszkiem ptysiowym, grzankami czy czym wolisz. 

Lato w pełni, więc jeszcze zdążysz zrobić. Polecam, bo upały mają wrócić.


Uściski i do miłego. U was jakoś spokojniej czy też nawałnice?


You Might Also Like

2 komentarze

  1. Kiedy 4 lata temu przyjechałam do Malezji (zresztą za 2 tygodnie już ją opuszczam, niestety) byłam totalnie przerażona burzami. Deszcze padają tutaj prawie codziennie, niedługo, bo przez około pół godziny, czasami dwa, trzy razy dziennie. zresztą trudno powiedzieć deszcze, raczej ulewy, oberwania chmur. A burze pojawiają się prawie z każdym deszczem. Swoją pierwszą burzę ledwo przeżyłam ze strachu. Byłam w biurze, które mieści się w starym budynku. Miałam widok na całe City i widziałam, słyszałam i czułam każdą błyskawicę, które szalały nad miastem. Byłam totalnie przerażona. Siedziałam skulona w fotelu i czekałam z zamkniętymi oczami na koniec. Z czasem przyzwyczaiłam się, lubię burze, tutaj są bardzo spektakularne. Wiem, co się teraz dzieje w Europie i mnie to również boli i napawa smutkiem i strachem. Dobrze, że u was wszystko skończyło się dobrze i bez większych strat. Pozdrawiam słonecznie i gorąco:)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Burze same w sobie nie są groźne, choć owszem mogą być. Najgorsze są ulewne deszcze, wiatr łamiący gałęzie i powalający drzewa, niszczący budynki. Też jestem wstrząśnięta tym co się dzieje w Niemczech, Belgii. Ale pamiętam powódź w Polsce 1997 roku, gdy ludzie tracili domy, dobrytek całego życia i niejednokrotnie życie, wówczas w Polsce było mniej ofiar niż w Niemczech teraz. Z bólem oglądam te wiadomości.
      Dziękuję Ci za ten piękny komentarz i serdecznie pozdrawiam.

      Usuń

Dziękuję za odwiedziny i komentarz

Pozdrawiam :)